piątek, 03 czerwiec 2016 10:28

Moja pierwsza książka - fragment

Sprawy zaszły już tak daleko, siedzę nad poprawkami mojej pierwszej książki. Długa to była droga, drugie tyle jeszcze przede mną. Teraz pora na krótki przystanek, pierwszy fragment w necie. Kto przeczyta i powie, jak wrażenia? Będę wdzięczna. Choć przyznam, że tremę mam.

Kochani, bez wielkich wstępów od razu przechodzę do tekstu. Proszę Was tylko o Waszą opinię w komentarzu pod tekstem :-)

***


ROZDZIAŁ IV. W kręgu zmian 
     

            Cisza. I kompletna pustka. Siedziałam przed Maxem patrząc na coś, co nie istniało.
- Jak to szef przenosi cię do Monachium? – bąknęłam wreszcie.
- Tak to. – odparł Max – Nasze spotkanie potrwało pięć minut. Napomknął coś o zmianach celów i oświadczył, że od maja pracuję w Monachium. To ostateczna decyzja.
- Jakim cudem tak nagle, bez żadnego ostrzeżenia? – pytałam.
- Marion, sam nie wiem.
             Znów cisza. Wzbierała we mnie plątania uczuć. Już sama informacja o trojaczkach wprowadziła w nasze życie spore zamieszanie. Poukładaliśmy je najlepiej, jak umieliśmy i pragnęliśmy tylko świętego spokoju. A tu taki galimatias! Miałam ochotę wysłać zażalenie do Pana Boga. Tak się nie robi! Przecież tak wiele nas już spotkało. Nie przemawiały do mnie fundamentalne, życiowe prawdy, że opatrzność nie zsyła na nas nic, z czym byśmy sobie nie poradzili. Teraz mi się przelało. Dzieci jakby to zrozumiały i zajęły się sobą. Choć regularnie nie pozwalały o sobie zapomnieć, wtedy były nadzwyczaj spokojne. Jakby czuły, że spotkało nas coś skomplikowanego i trzeba to uszanować. Wieczorem zasnęły jak na komendę, więc w spokoju mogliśmy zasiąść do życiowej debaty, na którą wcale nie mieliśmy ochoty. Max bardzo mnie zaskoczył. Przygotował kolację i to nie taką, jak zawsze, byle fast food, byle było, tylko azjatycką kompozycję, a do tego czerwone wino.
- Na przekór wszystkiemu nie będziemy dziś jeść pulpetów ze słoika. Już nie karmisz, więc wina też się napijemy. Ile tylko będziesz chciała.
- Mhm, to jutro ty zostajesz z dziećmi, a ja leczę kaca. – zmusiłam się do uśmiechu.
            Potem również do jedzenia. I do myślenia, jak uniknąć przeprowadzki.
- Marion, myślę, że możemy sobie podarować krasomówcze wstępy. - rozpoczął – Krótko mówiąc jestem totalnie zaskoczony. I wściekły, bo wiesz, że nie przepadam ani za Bawarią, ani za Monachium, a na myśl o pracy w centrali Credo i Partnerzy dostaję gęsiej skórki.
- Max, nie da się z tego jakoś wywinąć? – spytałam z nadzieją w głosie.
- Nie. Szefo przedstawił swoją decyzję dobitnie, w dodatku przy świadkach. Jeszcze się nie zdarzyło, by zmienił zdanie. Jedyne wyjście to nowa praca. 
            Siedzieliśmy w milczeniu i grzebaliśmy widelcami w talerzach. Może i ja powinnam poszukać jakiejś posady? Problemem był mój niemiecki zadowalający, tylko na poziomie pieluch i rozmów z pediatrą. Pomyślałam o moich książkowych planach, tu potrzebowałam jednak czasu i spokoju, czyli tego, czego w ogóle  nie miałam w ogóle. Po prostu beznadzieja.
          

            Zaskakujące, jak jedna decyzja potrafi zmienić ludzkie życie. Do diabła wysłaliśmy nasze kłótnie, jakbyśmy chcieli pokazać światu, że nie damy się ponieść emocjom. Nawet takim. Gdy dziewczynki płakały Max, jeśli był w domu mówił:
- Posiedź sobie, ja pójdę do dziewczynek.
            I robił to. Albo szukał nowego zajęcia, a ja rozmyślałam o przyszłości. I o dzieciach. Czy zmiana miejsca zamieszkania ma dla nich jakieś znaczenie? Że ją zauważą, to jasne, ale czy będą się martwić? Myślę, że nie, więc chociaż tyle dobrego. Pocieszałam się, jak mogłam, przepędzając targające mną uczucia, a te i tak zawsze wracały. Jak do tego doszło? Nigdy nie chciałam opuścić Wrocławia, a teraz wyląduję w jednym z najdalszych zakątków Niemiec! Kiedyś, pogrążona w myślach nagle zauważyłam, że brakuje jednego malucha. Serce podskoczyło mi do gardła, a przed oczyma stanęły wszechobecne doniesienia o wypadkach niemowlaków. Choć dom był zabezpieczony, ogarnęła mnie panika. Gdzie jest moje dziecko?! Kamień spadł mi z serca, gdy znalazłam Nadin za fotelem, zafascynowaną narożnikiem dywanu.
- Ach, maleństwo, napędziłaś mi stracha. – powiedziałam z uczuciem.
            Przytuliłam moją córeczkę jak największy skarb świata. Niestety krótko, Nadin nie miała ochoty na rozstanie z dywanem, co zakomunikowała głośnym płaczem. Ucichł, gdy do małych rączek znów trafiła nowoodkryta zabawka. Na szczęście Nicol i Neli chętnie pobawiły się z mamą, a ja w pompce miałam nieposprzątaną łazienkę i ciuchy do prasowania. Nie uciekną.

            Dni mijały, a my nie mieliśmy w ręce żadnego rozwiązania. Max dostał wprawdzie kilka propozycji, ale proponowane zarobki były nieporównywalnie niższe. Nasza rodzina nie wyżyłaby z nich nawet, gdybyśmy zamieszkali w starym, honeckerowskim bloku. I stało się, na wokandę zaczęły wchodzić niechciane tematy. O nadchodzących zmianach musieliśmy poinformować rodzinę. Reakcja nas nie zaskoczyła. Młodsze pokolenie przyjęło nowości ze zdziwieniem, jednak dość spokojnie. W końcu tak się dzisiaj żyje. Idziesz tam, gdzie jest praca albo idziesz na bruk. Za to starszyzna dostała szału.
- Do czego to podobne!? – krzyczeli, teściowie po niemiecku, a babunia po polsku. – Tak się nie robi! Co temu szefowi przyszło do głowy!? 
             Nie komentowaliśmy. To by i tak niczego nie zmieniło. Krzyki ucichły, gdy do wszystkich dotarło, że Max wkrótce pojedzie do Monachium, a ja zostanę z dziećmi sama.
- Dziewczyno, na litość boską,  - wzdychała babunia załamana. – Jak ty sobie poradzisz?
- Będziemy przyjeżdżać. – oświadczyła rzeczowo Karen. – Posiedzimy z dziećmi, a ty sobie pośpisz.
- Ładne kwiatki. – wzdychała Emma – Przygotuj się na wzmożone odwiedziny. Potem to już nie będzie taki tam rzut beretem.
            Ano nie, myślałam ze smutkiem, ale i z wdzięcznością za wsparcie, które nam oferowali.

            - Skontaktowałem się z kilkoma kolegami w centrali. - oznajmił któregoś dnia Max – W kwestii jakieś lokum, w końcu gdzieś muszę mieszkać i to już za niecałe trzy tygodnie.
- I co, masz jakieś propozycje? – spytałam bez entuzjazmu.
- Biorę małą kawalerkę blisko firmy. I tak będę tam tylko spał, więc luksusów nie potrzebuję.
- Ale szybko ci to poszło. – stwierdziłam zaskoczona.
- Wielkie poszukiwania to bezsens, szkoda mi było czasu na takie pierdoły.
            Max, choć z pozoru spokojny, wewnątrz siebie był po prostu wściekły. Życie zakręciło nim, jak chciało, na pocieszenie ofiarując bezsilność. Podziwiałam jego opanowanie, bo ja, gdy nikt nie widział po prostu płakałam. Nieuchronnie czekała nas przeprowadzka, a ta zawsze oznacza życiową rewolucję. De facto jedną z trzech, jakie na nas czekały. Pierwsza to mama sama z trojaczkami, a druga, co z mieszkaniem we Wrocławiu. Wszystkie były mi nieznane. A że w większości boimy się nieznanego, bałam się i ja.
            Któregoś dnia opowiedziałam Brzdącom o przyszłości.
- Córeńki, niedługo nasze życie trochę się zmieni. Czeka nas przeprowadzka, co znaczy, że zamieszkamy w innym domu. I w innym landzie. Już nie w Brandenburgu, tylko w Bawarii.
            Dzieci słuchały, a ja byłam pewna, że mnie rozumieją. Opowiadałam dalej.
- To będzie trudny okres. Nadal chcę poświęcić wam jak najwięcej czasu, niestety, nie obiecuję, że mi to wyjdzie. A jak się czasami rozpłaczę, to mnie pocieszcie.

             Przyszedł maj, a z nim urlop Maxa, dużo spokojniejszy, niż poprzedni, choć i sprzeczki nam towarzyszyły.
- Dlaczego parzysz kawę tak, skoro ja robię to inaczej? - wkurzał się Max.
- Bo tak mi pasuje.
Albo:
- Gdzie jest wyciskacz do cytryn? – pytałam.
- Na swoim miejscu. – rzucał sucho Max.
- Właśnie jestem na tym miejscu i go nie ma. Więc gdzie, do cholery jest?
             Oczywiście zawsze byłam pewna, że to Max przełożył to, o co pytam. A jak miałam wenę, uważałam, że celowo, by zrobić mi na złość. Ale i on często pytał:
- Gdzie schowałaś mój portfel?
Choć wieki nie miałam go w ręce, oczywiście to ja zawiniłam.
- Nie schowałam, ale na ile znam życie, leży w sypialni.
- W sypialni na pewno nie! Co to w ogóle za pomysł?
Max przewracał dom do góry nogami i za kwadrans wracał z portfelem w ręce.
- A, znalazłeś. I gdzie był?
- W sypialni...
Hmmm, bez komentarza... Choć na usta cisnęło mi się: „A nie mówiłam.”

             Nasze trojaczki rosły wtedy jak na drożdżach. Nie lubiły dań gotowych, więc im gotowałam. W miarę możliwości starałam się kupować wszystko bio, choć ceny przechodziły moje najśmielsze oczekiwania. Tak czy siak, moje życie było teraz ciekawsze, mogłam trochę poeksperymentować w kuchni A tak przy okazji:
Z pamiętnika matki trojga dzieci, z których jedno jest maleńkie, drugie malutkie, a trzecie tyciutkie:
Twoje najlepsze frykasy to te, które zostały na talerzu po dziecku.
I to nieprawda, że resztki nie tuczą :-(

             Max i ja jesteśmy realistami, nie bujamy w obłokach, ale wciąż po cichu wierzyliśmy w cud, który zatrzyma nas w Rangsdorf. I znów tak bardzo pragnęłam, żeby zatrzymał się czas. A tu ani jednego ani drugiego. Cudu nie było, a czas pomknął dalej. Jedyną osłodą była piękna majowa pogoda. Chodziliśmy więc na spacery i planowaliśmy nowe życie. Do tego dochodził jeszcze jeden problem. Nie miałam samochodu. To niewiarygodne, jak szybko w takich warunkach podejmuje się decyzje warte niemałe pieniądze. Auto musiało być bezpieczne i na tyle duże, by pomieściło trojaczkowy wózek., co szybko zawęziły listę do małych busów. Wybór padł na Mercedesa Vito. Choć to „aż Mercedes”, dealer przysłał nam najkorzystniejszą propozycję, obdarowując dodatkowo fotelikami samochodowymi. Nawet przy trojaczkach mogliśmy spełnić zawarte w niej wymagania finansowe. Tylko czekać musieliśmy ponad miesiąc, ale na ten czas dostałam auto zastępcze.
            Jednak wybór auta to dziecinna zabawa w porównaniu z wyprawą Maxa do Monachium. W przeddzień wyjazdu dzieci wciąż płakały, a nam wszystko leciało z rąk. I nie wytrzymałam.
- Max, wybacz! – prawie krzyknęłam – Nie mogę na to patrzeć. W dodatku ten ciągły płacz. Idę na spacer, a ty dalej pakuj. Potem się zamienimy.
- Dobrze, idź. – odpowiedział i gdzieś poszedł.
Do dziś nie wiem, czy sprawiłam mu wtedy przykrość, czy nie.
 

            Ciąg dalszy nastąpi, co było przedtem, też. Chcielibyście wiedzieć? Wszystkim czytelnikom będę bardzo wdzięczna za umieszczenie w komentarzu poniżej opinii o tekście. Wszystkie opinie przekazane na Facebooku osobiście zamieszczam pod tekstem. Wtedy wszystkie będą w jednym miejscu.

A tutaj LINK do kolejnego fragmentu. 


Pozdrawiam,

czwartek, 15 grudzień 2016 20:02

Uwolnić karpia

Już wkrótce znów uwolnimy karpie. To już od kilku lat nasza wigilijna tradycja, symbol miłości, pokoju i nowego życia oraz przeogromna radość dla Trojaczków. Wszystko zaczęło się przypadkiem i trwa po dziś dzień, a dla mnie jest to najwspanialszy prezent na święta Bożego Narodzenia.

Wszystko zaczęło się w Radio Zet, w którąś niedzielę przed wielu laty, kiedy to z zapałem słuchałam jednej z lepszych audycji radiowych "Świat według blondynki". Beata Pawilkowska opowiadała wtedy o świątecznej tradycji, którą z lubością pielęgnują Prażanie.

Otóż krótko przed świętami Bożego Narodzenia należy kupić żywego karpia, któremu pozwalamy pływać w wannie. W Wigilię Prażanie wcale nie mordują zwierzęcia, wręcz przeciwnie, darują mu życie wypuszczając do Wełtawy. Tradycja ta jest symbolem miłości i nowego życia darowanego jednej istocie przez drugą.

PIĘKNA TRADYCJA

pomyślałam i obiecałam sobie, że kiedyś i ja tak uczynię. Uczyniłam, kilka lat temu, ku ogromnej radości naszych Trojaczków oraz zaskoczeniu i niezadowoleniu mojego Bossa.

- Co? - spytał z niedowierzaniem - Chcesz tyle kasy wyrzucić do rzeki?

- Tak, chcę. - odparłam wesoło - Potraktuj to proszę jako mój bożonarodzeniowy prezent. Amen.

Tak też się stało.
Karpie pływały w naszej wannie tylko jedną dobę, bo jakoś szkoda było mi szykanować stwory dłuższą niewolą.


W Wigilię Bożego Narodzenia rano zapakowaliśmy karpie do skrzynki z wodą, przykryliśmy pokrywą i pojechaliśmy nad rzekę.


Trzy córcie, trzy ryby, każda, z pomocą mamy wypuściła swojego karpia na wolność.


Wszystkie wyglądały na ciężko zaskoczone, jednak szybko zniknęły nam z oczu.


Teraz za każdym razem, gdy widzimy rzekę, Trojaczki wołają:

- Ooo! Tam pływają nasze karpie! :-)

A gdy przechodzimy koło miejsca uwolnienia, zastanawiamy się, czy może przypłyną do nas w odwiedziny.


Od tamtego czasu każdego roku wypuszczamy ryby, jednak tradycję trochę przekształciliśmy, na naszą. Ryby kupujemy w dzień ich wypuszczenia, nie trzymamy ich w wannie, bo to czysta szykana. Gdy zamawiamy je w hodowli, prosimy o wybranie egzemplarzy, które mają największe szanse na przeżycie w naturze, do tego kupujemy ryby rzeczne, a nie jeziorne.

Wielu słuchaczy, sprzedawców, innych klientów hodowli ryb i postronnych świadków puka się w czoło, gdy widzi nasze poczynania. A my uwielbiamy naszą tradycję. W tym roku też wypuścimy ryby na wolność. Pstrągi albo okonie, zobaczymy. Cała damska część naszej rodziny już się cieszy, a męska, no cóż, kochana jest, bo jakoś to zaakceptowała ;-)

Pozdrawiam serdecznie, miłego wieczoru,

sobota, 28 styczeń 2017 20:12

Multi użyteczność tamponu

Wiecie, ile zaskakujących funkcji spełniają otaczające nas przedmioty? Ważne, by funkcje te można wykorzystać, a jeśli da się to zrobić w rozwiązywaniu konfliktów damsko - męskich, to już w ogóle pełnia szczęścia. No i element zaskoczenia. W przytaczanym przypadku jest! Nie ma to jak tampon ;-)

Każdemu człowiekowi zdarza się mieć kiepski dzień, również mężczyznom ;-) Jeśli wtedy wzajemnie schodzimy sobie z drogi, lub też to on schodzi nam z drogi, to OK. Ale co, jeśli nie i w efekcie dochodzi do kłótni? Kiedyś, przed wielu laty skarżyłam się na to mojemu tacie.
- Córcia, to się nazywa męska ciota. - oświadczył rzeczowo - Co? Nie wiedziałaś?
Wtedy nie wiedziałam, za to wiem teraz. W dodatku taki przypadek wcale nie musi zakończyć się kłótnią. Zawsze można znaleźć metodę, by polubownie i UWAGA!!! ZWYCIĘSKO wyjść z opresji. Tutaj jedno z naszych rozwiązań (Trojaczków i moich, rzecz jasna ;-)

Któregoś dnia, żeby było weselej, na wakacjach, gdzie teoretycznie pełen relaks w rodzinie rządzi, mój Boss wstał jakiś taki humorzasty. Im starszy dzień, tym gorszy Boss.
- Spokojnie, Caro, spokojnie. - powtarzałam samej sobie - Głupotę, której nie można pomóc, należy ignorować.
W końcu doszło do tego, że  naszym Trojaczkom i mi nie wolno było się odzywać, bo przeszkadzamy. 

CO, DO CHOLERY!?

I ja nie wytrzymałam.

- Jak masz męska ciotę, to powiedz, dostaniesz tampon, tabletkę i po zawodach. A teraz spokój, jasne?
- To wy macie być spokojne. Wciąż mi przeszkadzacie tym waszym babskim ujadaniem (ooo, ujadaniem ;-) i skupić się nie mogę. A męskiej cioty nie, nie mam.

Zamiast cioty, potrzeba spokoju? Dobra jest. Po cichutku zawołałam dzieci.
- Tatuś na pewno ucieszy się na mały prezencik. - oświadczyłam wyciągając z kartonika dwa tampony.
- Mamusiu, a co to jest? - pytanie oczywiście nieuniknione.


- A to są, córeczko, zatyczki do uszu. Wiesz, rozpakowujemy, wkładamy w uszy i wtedy nic nie słychać. A jak już nie potrzebujemy, ciągniemy za sznureczki i wyciągamy.
- Ale super wynalazek! Tatuś się ucieszy!
Myślałam, że padnę ze śmiechu, a tu trzeba trzymać powagę. Trojaczki chwyciły tampony i poleciały do Bossa.
- Zobacz, to taki mały prezent. - dumne położyły "wynalazek" na stole.
- Carolin, przecież już raz powiedziałem, że nie mam męskiej cioty. - zirytował się mój Boss.
- Ależ wiem, kochanie, wiem. Zrozumiałam.  - mówiłam wolno i szybko rozpakowywałam tampon - Tym razem przerobimy to ustrojstwo na zatyczki do uszu. Wtedy będziesz miał spokój.
I tu wetknęłam mu tampon w ucho.


- Mówiłeś, że ci za głośno. Wiesz, my zaraz znikamy, ale wokół są inni wypoczywający. Nie możemy pozwolić, by ci przeszkadzali. Przecież masz urlop.
Nasze Trojaczki, całe dumne z "prezentu" stały przy tatusiu, ja siłą hamowałam śmiech, a mój Boss siedział totalnie zaskoczony.
- OK, zrozumiałem. Już nic nie mówię. - wydukał.
- A pewnie, że nie, bo teraz nie masz już do kogo. My znikamy.
Słowo się rzekło, kobyłka u płota, a Boss sam w domu, ha, ha :-D

Potem był już spokój i do samego końca wakacji o tamponach nie wspominaliśmy. Teraz, gdy widzę, że mojemu Bossowi zbiera się na męską ciotę, podrzucam mu gdzieś kilka tamponów, tak, żeby szybko znalazł. Buty, kurtka, kluczyki, ulubiony kubek do kawy, nawet klapa w toalecie. Dzieci, poinstruowane, jak należy, zawsze należycie wszystko po sobie zostawią. A ja zawsze dopadnę tym sposobem mojego Bossa.
- Ja wcale nie mam męskiej cioty. - mówi.
- No to całe szczęście, bo już mi coś na to wyglądało.
I czekam, kiedy wreszcie przyniesie mi jakieś idiotyczne okulary, żebym lepiej widziała :-D

Ano właśnie, jak się chce, zawsze można wyjść z opresji bez kłótni. Ta MultiLady to mi się chyba udała, bo mam jeszcze kilka sprawdzonych metod. Ale o tym za kilka dni, nie wszystko na raz.

Dobrej nocy, pozdrawiam,

poniedziałek, 03 listopad 2014 08:48

Zimowe wyposażenie Trojaczków

Jakieś dwa miesiące temu zaczęło się to, co spotyka nas średnio dwa razy w roku. Sezonowe zakupy dla dzieci. Nienawidzę tych zimowych, trzeba się o tyle zatroszczyć i ... te ceny. Wszystko razy trzy, tu i teraz, bo u nas dziecko nie nosi po dziecku. Ale była jazda ...

Jeśli o zakupy chodzi, cieszyć się może ten, kto ma jedno dziecko. Nie jest źle, gdy młodsze może nosić po starszym. Oczywiście nie zaskoczę nikogo, jeśli napiszę że u nas to niemożliwe. Co było robić, spory czas trzymałam rękę na pulsie, a właściwie oczy i uwagę w gazetkach marketów discountowych i w Internecie. W końcu po coś jest się tą MultiLady ;-) Jak tylko ukazywały się potrzebne artykuły, już pięć minut przed otwarciem stałam przed drzwiami sklepu. Z przyjaciółką. Przecież takich, jak ja jest wielu, a nienawidzę wprost stać jak taki osioł tylko z dwoma kurtkami, wiedząc, że potrzebuję trzech, a więcej już nie ma. Tak więc moja przyjaciółka mi pomogła. Ale radość, mamy wszystko. 


A ceny, cóż, taniej za nowe rzeczy się nie da, a ja znów nie kupię sobie nowych kozaków na zimę. Ale to nic, z dziurami nie chodzę i chyba wcale źle nie wyglądam ;-)
A wszystkim, którzy często wyzywają, że nie dostali, bo już nie było i że drogo w tym, czy tamtym sklepie pocieszam. Cieszcie się, że nie musicie wyposażyć trójki dzieci na raz. To są dopiero powalające zakupy. No dobra, do marca spokój, a potem powtórka z rozrywki - zakupy na lato ;-)

Udanego tygodnia, pozdrawiam,

niedziela, 02 listopad 2014 20:32

Jogging w towarzystwie

Lubię się odchudzać. Tak, właśnie tak :-) To ważne, by to, co robimy sprawiało nam przyjemność, więc się staram. Jogging uprawiam regularnie, w dodatku nie sama. Zawsze towarzyszy mi jedna z moich córeczek. I tak sobie przemierzamy okolicę, dziecko na rowerze, a ja na nogach. Rewelacja :-)

Konsekwencja, bez niej ciężko wypracować ładną figurę, a nadwaga za choinkę jasną nie chce nas opuścić. Ale że z tą konsekwencją różnie bywa, wplotłam moje odchudzanie w nasz styl życia. I tak, jeśli tylko się da, na jogging startuję z naszymi Trojaczkami, a konkretnie z jedną Trojaczką. Ja sobie biegnę, a córcia jedzie obok mnie na rowerze. Ludzie kochani, czy Wy wiecie, jaka to radość spędzać czas tylko z jednym dzieckiem. Mogłabym tak biec godzinami.

 

Moich Córeczek na zdjęciach nie ma, bo to właśnie one je robią. Takie, gdy sobie biegnę,


a potem takie artystyczne, uchwycone w powietrzu.

Fotka zrobiona dzisiaj, dnia 2 listopad 2014. Cieplutko, słonecznie, nie można sobie nie pobiegać :-)Fotka zrobiona dzisiaj, dnia 2 listopad 2014. Cieplutko, słonecznie, nie można sobie nie pobiegać :-)


A na koniec zawsze docieramy do toru treningowego, które dzieci z naszej wsi stworzyły sobie z kamieni do różnych zabaw. Ach, Trojaczki szaleją, a ja mogę odsapnąć. Wiecie, wiek robi swoje ;-)

 

 


Hej, posiadacze fałdek, małych i większych, a co Wy powiecie na pobieganie sobie w towarzystwie dzieci? My możemy tylko polecić :-) Nasze Trojaczki dopytują codziennie, kiedy znów wybieramy się na jogging. Od dawna nie miałam takiej motywacji :-)

Pozdrawiam,

sobota, 01 listopad 2014 20:07

Nasz Zaduszkowy Kącik

W tym roku po raz pierwszy zorganizowałam dla moich Trojaczków i ich przyjaciół Zaduszkowy Kącik. O planach już Wam pisałam. Samo spotkanie trochę od nich odbiegło, w sumie na korzyść. A najważniejsze jest to, że przesłanie trafiło do dziecięcych i serc i głów. Za rok chcą znowu :-) HUUURRRAAA!!!

Najpierw, dzień przed Zaduszkami projektowałyśmy wygląd naszej dyni. We cztery. Pomysłów była cała kartka, kłótni żadnej. Dłubałyśmy, dłubałyśmy i wydłubałyśmy. 

 

A potem rozświetliłyśmy. Ooo, dużo lepiej, niż w zeszłym roku :-)


Goście, trójka dzieci, chłopców, przyszli w Dzień Zaduszny już o wpół do drugiej. Tak, tak, Zaduszkowy Kącik z wizytą na cmentarzu i w kinie swoje trwa. Prawie w ciemnościach zjedliśmy zaduszkowe naleśniki halloweenki.

 

 

Przy jedzeniu opowiedziałam o historię powstaniu Halloween i legendę o dyni, a potem pojechaliśmy. Wcale nie do kina, tylko na cmentarz. Okazało się, że zamykają go już o 18.00, więc o wizycie po filmie, wieczorem, gdy już jest ciemno, nie było mowy.
- A musimy na ten cmentarz? - pytały dzieci.
- Nie, nie musimy. Ale kto chce później iść do kina, musi najpierw odwiedzić cmentarz.
Nooo, do tego argumentu nikt nie chciał znaleźć kontry. Poszliśmy. To było jak magia. Dzieci minęły cmentarną bramę i stanęły jak wryte.
- Mamuś, dlaczego o te groby nikt nie dba?
- A dlaczego tu tak mało kwiatów?
- Zobaczcie, prawie nie ma zniczy.
Tak, zupełnie inaczej, niż u nas we wsi, myślałam i cieszyłam się, że dzieci to dostrzegły. Każdy długo szukał, na którym grobie zapali znicz. 

 


A po zapaleniu dzieci wcale nie chciały sobie iść.
- A możemy jeszcze tam?
- A kiedy znów tutaj przyjdziemy?
- A czy moglibyśmy zasadzić kilka kwiatów?
Moja trojaczkowa gromadka i jej przyjaciele poruszyła mnie do głębi. Już dziś, we Wszystkich Świętych znów odwiedziłyśmy cmentarz, tym razem w rodzinnym gronie.

 


A wczoraj byliśmy jeszcze w kinie, gdzie dzieci po seansie mogły się pobawić w kompleksie wspinaczkowym. Wieczorem, we wsi poszliśmy sobie na hot doga, a nie po tanie cukierki do sąsiadów. W domu ani razu nie otworzyliśmy drzwi, tylko bawiliśmy się w wyławianie jabłka pozbawionego ogonka z miski pełnej wody tylko przy użyciu głowy. To taka stara celtycka tradycja. Spróbujcie. Wbrew pozorom, wcale nie tak łatwo. A na koniec odprowadzaliśmy się bez końca. Wszyscy już się cieszą na Zaduszkowy Kącik w przyszłym roku. Tak, w ten sposób można spędzić ten dzień, trochę zabawy, ale i wiedzy, a przede wszystkim zadumy. Powiem nieskromnie, trafiłam idealnie.

Pozdrawiam, miłego wieczoru,

Dział: Wychowanie
środa, 15 październik 2014 09:09

Zaduszki, czy Halloween?

Ciasteczko, albo psikus! Idę o zakład, że większość z Was już się skrzywiła. Ja też, przede wszystkim dlatego, że zatraceniu ulegają najważniejsze wartości w życiu, pamięć o bliskich, a nasze dzieci kojarzą Zaduszki z dobrą zabawą. W tym roku u nas będzie inaczej.

Szanuję Zaduszki i Święto Zmarłych i nawet lubię ten czas, spokoju i wyciszenia. Ale większość dzieci widzi sprawę inaczej, szczególnie teraz, w czasach Halloween. Również przez jakiś czas nasze Trojaczki. Wielu dorosłych wkurza się potem, w sumie bezsensownie, bo de facto, poza marudzeniem niewiele robi, by cokolwiek zmienić. A to właśnie dorośli, rodzice i najbliższa rodzina jest odpowiedzialna za przekazanie naszemu potomstwu właściwych wartości, nie sądzicie?

 

 

Jak jest u nas? Bieganie z koszykami od drzwi do drzwi akceptowałam i aż tryskałam radością, gdy dziewczynki same stwierdziły, że nie będą już chodzić, bo wielu sąsiadów tylko czeka, żeby grupa dzieci sobie poszła, a rozdawane słodycze pochodzą z najniższej półki albo z zeszłego roku i nie nadają się do jedzenia. Super wnioski!

Niestety, w zeszłym roku moje Trojaczki otrzymały zaproszenie na Halloween Party. Co? Halloween Party? Co to w ogóle jest?

 


Poszły, wróciły i:
- Fajnie było, tak, jak na urodzinach, tylko w przebraniu. Albo na zabawie karnawałowej.
Mina mi zrzedła. Przecież nie tędy droga, a kto ma to dzieciom pokazać, jeśli nie my, rodzice? Od rozmów przeszłam do czynów. Na drugi dzień pojechaliśmy na cmentarz, by zapalić na opuszczonych grobach kilka zniczy. Trojaczki pytały, dlaczego? Wyjaśniłam. Chciały też wiedzieć, czy w nadchodzącym roku również będzie imprezka. Będzie, a jakże. U nas. Zaduszkowy Kącik, a nie jakieś tam wytarte, pełne śmiechu Halloween Party.

Zaduszkowy Kącik

Każda z moich córeczek zaprosi jedno dziecko. Wszyscy uczestnicy zostaną poproszeni o przyniesienie fotografii kogoś z rodziny, kto już nas pożegnał i opowiedzenie o nim krótkiej historii, czegoś szczególnego, po czym pamięta się tego człowieka.

 


Dla każdego zmarłego zapalimy świecę. Może coś mu zaśpiewamy, może trochę popłaczemy, pewnie się też pośmiejemy. Opowiem też dzieciom lekko ubarwioną historię powstania Zaduszek - Halloween, naszą, polską i celtycką, z której najprawdopodobniej wywodzi się cała maskarada. Zobaczcie TUTAJ - ZADUSZKI oraz TUTAJ - HALLOWEEN.

 

 

Potem odwiedzimy cmentarz, gdzie zapalimy znicze na opuszczonych grobach. Następnie pójdziemy sobie do kina i tym samym unikniemy biegania z koszykami i wrzasków:
Ciasteczko, albo psikus!
Raj, po prostu raj. A po powrocie do domu zjemy zaduszkowe naleśniki, o takie. I to co, że są na motywie dyni. Przynajmniej dzieci nie poczują, że całkowicie odcinamy je od tego, co już tak dobrze znają. W końcu to też część świata.

 


Po kolacji nasze Trojaczki i my odprowadzimy gości do domów i w ten sposób zakończymy Zaduszkowy Kącik. Mam nadzieję, że pomysł się spodoba i będziemy go kontynuować w kolejnych latach, pielęgnując pamięć o zmarłych, wspominając ich, nie tylko tych bliskich, również tych nieznanych.

A co Wy planujecie na Zaduszki, jak przygotowujecie dzieci? Proszę, podzielcie się i wspólnie uzupełnimy artykuł :-)

Pozdrawiam,

Dział: Wychowanie
poniedziałek, 13 październik 2014 09:32

Prezent urodzinowy Trojaczków

Pisałam Wam o urodzinach naszych Trojaczków. Impreza się odbyła, nawet dwie, córcie całe w skowronkach, a najbardziej ucieszył je jeden szczególny prezent, który umyśliłam sobie jeszcze na wakacjach. Normalnie pełna radość.

Wiele dzieci z każdych wakacji przywozi sobie jakąś pamiątkę. Również nasze Trojaczki. W tym roku upatrzyły sobie "obrazy", które pan malował na ulicy farbami w sprayu. Jeden obraz zajmował mu max 10 minut. Wybór był spory, motywy super (przynajmniej dla dzieci ;-) więc się zdecydowaliśmy.

 

 

Po powrocie do domu obrazy leżały w piwnicy na półce i wszyscy o nich zapomnieli. Wszyscy poza mną. Krótko przed urodzinami wybrałam się na zakupy, po których prezenty wyglądały tak.

 


Co w nich było? Żadna tajemnica :-)

 

 

 

 

 

 

Jak widać, obrazy już wiszą. Muszę przyznać, że teraz wszystkie mi się podobają. A jaka radość w domu :-)

I właśnie tak radośnie Was pozdrawiam,

Dział: Rodzinny świat
piątek, 10 październik 2014 07:47

Urodziny Trojaczków :-)

Mamy wszystkich nas zawsze mawiają: Kochanie, jak szybko leci czas zobaczysz, jak też będziesz mieć dzieci. I coś w tym jest. Urodziny gonią urodziny i nawet się dobrze nie obejrzysz, a dzieci już dorosłe. Tak mamo, miałaś rację. Bezapelacyjnie miałaś rację ...

Jeszcze tak niedawno ledwo chodziłam z moim wielkim brzuszyskiem, a dziś nasze Trojaczki obchodzą swoje dziewiąte urodziny. Wyrosły na trzecioklasistki, rezolutne panny, które same umyją w domu okna :-) Cud, po prostu cud, gdy pomyślę, jakie były malutkie, jeszcze przed chwilą. A chwila trwała dziewięć lat.

 

 

Dobrze pamiętam ten dzień. Poniedziałek, 10 października 2005. Przez ostatnich pięć tygodni cierpiałam na cholestazę ciążową, której objawem i skutkiem ubocznym jest swędzenie wszystkiego i zawsze. Nie ma przerwy. Nie możesz spać, nie możesz spokojnie porozmawiać, poczytać, iść na spacer. Cholera! Dłużej już nie poradziłam i wymusiłam cesarkę. Ach, cóż to był za piękny dzień. Dzieci przyszły na świat minuta po minucie, ja podczas porodu prawie odjechałam. Pomógł kop adrenaliny podany przez anastezjologa. I mój własny strach, by środek nie dotarł do dzieci. Nie dotarł. Nigdy nie zapomnę tamtego dnia, czasu spędzonego w szpitalu, powrotu do domu i ... ale o tym napiszę następny artykuł.

Idę podrasować prezenty, upiec jeszcze jedno ciasto i cieszyć się tym pięknym dniem.

Udanego weekendu, pozdrawiam,

Dział: Rodzinny świat
piątek, 15 sierpień 2014 19:14

Łowimi rybki

Czasami trudno o zabawy dla dzieci, które spodobają się całemu naszemu potomstwu. Zawsze ktoś tam marudzi. W takim przypadku moje Trojaczki i ja możemy Wam coś polecić. Łowienie rybek. Zajęcie na długie godziny, także dla rodziców.

Moje Trojaczki i ich koleżanka namówiły mnie kilka dni temu na tą ich ulubioną zabawę. Łowienie rybek w wiejskim stawie. To niemała atrakcja, choć przyznam, że latem za nią nie przepadam, bo woda kwitnie i trochę śmierdzi, więc umówiłyśmy się, że dzieci nie będą do niej wchodzić.


W sumie wiele do tej zabawy nie potrzeba, podbierak, wiaderko, przynęta i cierpliwość. 


Mama przygotowywała grunt, a dzieci próbowały szczęścia.


Taaak, dzieci próbowały szczęścia nad całym stawem.


Głównym trofeum były wodne ślimaki, ale i rybek trochę wpadło. 


Po jakimś kwadransie wszystkie wodne stworki zostały wypuszczone do stawu, a my ...

... nie, nie wcale nie poszłyśmy do domu. Dzieci poprosiły o drugą rundę. Bardzo chętnie, ja tam się cieszę, że wciąż jeszcze chcą się ze mną bawić :-)

Pozdrawiam,

Dział: Czas na zabawę
Strona 1 z 2

Nasze dzieci - TOP 5

Najnowsze artykuły

  • Niespodzianka z marketu

    Niespodzianka z marketu

    Każda mama cieszy się na prezenty - kosmetyki otrzymane od dzieci, ale ... często ich nie używa....

  • Uwaga na takie przypadki

    Uwaga na takie przypadki

    Robimy coś ostrym narzędziem, ostrożnie, tak, jak zawsze. Nagle CIACH! Zacięliśmy się. Trudno....

  • Lakier bez odprysków

    Lakier bez odprysków

    Dziewczyny, znacie to? Siedzimy, robimy sobie piękny manicure, lakierujemy paznokcie ulubionym kolorem,...

Polecamy


Previous
Next